No nie wierze, ja to na prawdę mam "szczęście". Czekałam na autobus którym jedzie Rutka i potem miałyśmy iść razem do szkoły. Powinien być o 8:40, ale po co?!! Lekcje mamy o 8:50 a on se przyjeżdża o 8:55. No dobra to tylko autobus... Ale trzeba by było jeszcze do szkoły dojśc, a to wymaga wysiłku.Więc uznałysmy że bez sensu iść na tańce, więc pójdziemy do KFC a dopiero na geografie pójdziemy. Tyle że ta droga też wymaga czasu więc doszłyśmy w połowie, ehh ;/
Po lekcjach czekalam na autobus na lekcje pianina, no i nie dość że sie spóźnił 8 minut to jak weszłam, no właśnie ledwo co weszłam bo tyle było miejsca. Ale było w mirę ok, do póki pewna staruszka nie nadepneła mi 3 rzy obcasem na stope. Czasem chce udusić takie osoby. Ucieszyłam sie bo wyszła na następnym przystanku. Ale na jej miejsce wszedł pan przy kosci. Tak sie wepchoł że wylondowałam polikiem na szybie, a potem jakiś inny nadepnał mi na stope. Superrrr. I kiedy już wysiadłam i byłam nie daleko i byłam taka szcześcliwa że przetrwałam jakoś tę podróż i już nic mi sie nie stanie... to wbiegły na mnie dzieci i wylondowałam twarzą w śniegu ;/
Cudowny dzień :))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz